...nie
pojawia się na wieczornym karmieniu. Już tydzień, jak go nie ma. I nie
wiadomo, co się stało. Czy gdzieś zamknięty, czy może wywieziony. A może
przeniósł się za Tęczowy Mostek?
Pan Pyza był kotem wolno żyjącym.
Jest to blog o zwierzętach, które przewinęły się przez moje życie. Niektóre mieszkają lub mieszkały w moim domu, inne spotkałam podczas spacerów, podróży... Czasami polecę książkę o zwierzętach. Większość zdjęć jest mojego autorstwa (jeśli będzie inaczej - podam źródło), dlatego nie zgadzam się na ich kopiowanie, udostępnianie na innych stronach internetowych.
Obserwatorzy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan Pyza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan Pyza. Pokaż wszystkie posty
sobota, 30 listopada 2013
środa, 29 maja 2013
Pan Pyza
Dziś napisze o Panu Pyzie. Pan Pyza jest kotem wolno żyjącym. Najprawdopodobniej nie ma domu. Pewnego dnia pojawił się. Jest podobny do mojej zmarłej kotki Pyzuni - zyskał przydomek Pyza. Pan Pyza, bo kotek jest chłopczykiem.
Pan Pyza przychodzi prawie co wieczór po jedzonko. Po pewnym czasie dawał się pogłaskać.
Zaniemógł. Coś mu się zaczęło dziać z uszkiem. Miał na nim jakis pypec. Kotek nieoswojony - trudno było orzec co to jest? Może kleszcz? Tym bardziej, że po pewnym czasie pypeć znikł. Kotek sobie go zdrapał, o czym na początku nie wiedzieliśmy.
Ucieszyliśmy się, że to coś znikło. Niestety, po pewnym czasie problemy powróciły. Tym razem narośl nie chciała zniknąć. Tylko rósł i rósł. Widać było, że przeszkadza kotkowi. ucho zwisało, narośl ciągnęła je do ziemi. Zbliżała się zima - był już listopad. Chcieliśmy pomóc kotkowi przed pierwszymi śniegami. Postanowiliśmy go złapać. Nastawiałam się na trudne zadanie, nawet na niepowodzenie misji. O dziwo, nie okazało się to trudne. Oczywiście, trzeba było mocno trzymać kotka, ale obyło się bez drakońskich scen, wyrywania się i miauczenia. Pan Pyza został złapany. trzeba było się sprężać - dochodziła 19:00, a weterynarz przyjmuje tylko do 20:00. Spodziewał się wizyty - wcześniej radziliśmy się go, co począć z tak wyglądającym kotkiem. A więc taksówka (mimo stosunkowo bliskiej odległości - dwa przystanki) i w drogę. Dopiero w lecznicy okazało się, jaki był stan Pyzy.

Pan Pyza bezpośrednio po zabiegu. Jeszcze pod wpływem narkozy.
Weterynarz zapisując zabieg w komputerze napisał Ucho ;)
Pan Pyza - Ucho.
Noc minęła spokojnie. Niestety, rano podczas podawania posiłku Pan Pyza wydostał się z z klatki i wpadł w panikę. zaczął skakać na okno. Mieszkam dość wysoko. Zostało więc jedno wyjście. Zejść i wypuścic Pyzę nieco wcześniej, niż planowaliśmy. Planowaliśmy uczynić to wieczorem. Wypuściliśmy kota i zeszłam z nim na dół. Po drodze Pyza skakał na każde napotkane okno na półpiętrze. Mieliśmy trochę szczęścia - nie natknęliśmy się na psa sąsiadów Brutusa.
Otworzyłam drzwi do klatki. Dla Pyzy były to drzwi na wolność. Pyza pognał. Obraził się, dwa - trzy dni nie pojawiał się na posiłku. Przez jakiś czas przestał nam ufać - dziś znowu mogę go delikatnie pogłaskać.
Pan Pyza dziś ma się dobrze. Przetrwał zimę. Problemy z uchem nie powróciły. To był jakiś tłuszczak.
Nadal jest Wolnym Kotem. Ja na takie koty mówię "nadworne". Nadworne - bo żyją na dworze.
Nie każdy kot nadworny da się udomowić. Nie każdemu kotu można zapewnić należyte warunki. Pyzie nie mogłam.Mogliśmy mu tylko zwiększyć komfort życia. Życie z takim czymś dyndającym przy uchu do przyjemnych zapewne nie należało.
Pan Pyza przychodzi prawie co wieczór po jedzonko. Po pewnym czasie dawał się pogłaskać.
Zaniemógł. Coś mu się zaczęło dziać z uszkiem. Miał na nim jakis pypec. Kotek nieoswojony - trudno było orzec co to jest? Może kleszcz? Tym bardziej, że po pewnym czasie pypeć znikł. Kotek sobie go zdrapał, o czym na początku nie wiedzieliśmy.
Ucieszyliśmy się, że to coś znikło. Niestety, po pewnym czasie problemy powróciły. Tym razem narośl nie chciała zniknąć. Tylko rósł i rósł. Widać było, że przeszkadza kotkowi. ucho zwisało, narośl ciągnęła je do ziemi. Zbliżała się zima - był już listopad. Chcieliśmy pomóc kotkowi przed pierwszymi śniegami. Postanowiliśmy go złapać. Nastawiałam się na trudne zadanie, nawet na niepowodzenie misji. O dziwo, nie okazało się to trudne. Oczywiście, trzeba było mocno trzymać kotka, ale obyło się bez drakońskich scen, wyrywania się i miauczenia. Pan Pyza został złapany. trzeba było się sprężać - dochodziła 19:00, a weterynarz przyjmuje tylko do 20:00. Spodziewał się wizyty - wcześniej radziliśmy się go, co począć z tak wyglądającym kotkiem. A więc taksówka (mimo stosunkowo bliskiej odległości - dwa przystanki) i w drogę. Dopiero w lecznicy okazało się, jaki był stan Pyzy.
Operacja przebiegła pomyślnie. Narośl została usunięta. Z kawałeczkiem ucha. Myślałam, że straci całe. Pyza noc spędził u nas - niestety, w klatce. W zamkniętym pokoju, odizolowany od innych moich zwierząt.
Pyza po zabiegu:
Pan Pyza bezpośrednio po zabiegu. Jeszcze pod wpływem narkozy.
Weterynarz zapisując zabieg w komputerze napisał Ucho ;)
Pan Pyza - Ucho.
Noc minęła spokojnie. Niestety, rano podczas podawania posiłku Pan Pyza wydostał się z z klatki i wpadł w panikę. zaczął skakać na okno. Mieszkam dość wysoko. Zostało więc jedno wyjście. Zejść i wypuścic Pyzę nieco wcześniej, niż planowaliśmy. Planowaliśmy uczynić to wieczorem. Wypuściliśmy kota i zeszłam z nim na dół. Po drodze Pyza skakał na każde napotkane okno na półpiętrze. Mieliśmy trochę szczęścia - nie natknęliśmy się na psa sąsiadów Brutusa.
Otworzyłam drzwi do klatki. Dla Pyzy były to drzwi na wolność. Pyza pognał. Obraził się, dwa - trzy dni nie pojawiał się na posiłku. Przez jakiś czas przestał nam ufać - dziś znowu mogę go delikatnie pogłaskać.
Pan Pyza dziś ma się dobrze. Przetrwał zimę. Problemy z uchem nie powróciły. To był jakiś tłuszczak.
Nadal jest Wolnym Kotem. Ja na takie koty mówię "nadworne". Nadworne - bo żyją na dworze.
Nie każdy kot nadworny da się udomowić. Nie każdemu kotu można zapewnić należyte warunki. Pyzie nie mogłam.Mogliśmy mu tylko zwiększyć komfort życia. Życie z takim czymś dyndającym przy uchu do przyjemnych zapewne nie należało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







